środa, 15 listopada 2017

Antibes - Lazurowe Wybrzeże






Mamy jesień i jak przystało na tę porę roku jest szaro, ponuro i ciągle deszczowo... Najczęściej  w takiej sytuacji normalną rzeczą jest to, że marzymy o lecie... Aby jakoś przetrwać ten czas, naładować akumulatorki wiele osób wyjeżdża tam gdzie jest ciepło i słonecznie...  Wczoraj na blogu * ANDRZEJA*przeczytałam o jego wrażeniach i  pobycie  na Lazurowym Wybrzeżu... Już w drugim dniu jest oczarowany roślinnością, cudowną pogodą, wspaniałymi krajobrazami... Wiem, że ten zachwyt będzie rósł z każdym dniem...

Palmy kołyszące się na wietrze, słoneczne promenady, niebywale niebieskie niebo, wytworne hotele. lśniące jachty, atmosfera luksusu i elegancji to cechy Lazurowego Wybrzeża, francuskiego  Côte d'Azur... Riwiera Francuska  -  i taką  również nazwę   posiada ten niezwykły odcinek wybrzeża a  zawdzięcza  ją krystalicznej wodzie o turkusowym odcieniu... To miejsce przyciąga artystów, milionerów oraz tłumy spragnionych ciepła zwykłych ludzi... Czytając post Andrzeja odżyły moje wspomnienia i przeniosłam się myślami do jednego z miasteczek   Lazurowego Wybrzeża, do Antibes...








 Antibes jest  prześlicznym starym, śródziemnomorskim miasteczkiem rybackim, które awansowało do roli najbardziej prestiżowego europejskiego portu jachtowego... Jest tutaj ponad 2000 miejsc do cumowania i mogą wpływać 100 metrowe jachty motorowe, na widok których zapiera dech w piersiach ... Zachwycił mnie ten przepiękny port i wspaniałe katamarany, łodzie, jachty, które lśnią nowością... Podobno to jeden z najdroższych na całym wybrzeżu... Biedni raczej nie mają jachtów a bogaci płacą za postój od 1 do 1,4 mln Euro... Tutaj prawdopodobnie cumuje jacht samego Billa Gatesa... Tutaj stoi też luksusowy jacht Romana Abramowicza...  








Trochę historii... W V w. p.n.e.  pojawili się  tutaj greccy kupcy, którzy ufortyfikowaną osadę nazwali Antipolis, czyli "Miasto naprzeciwko"... Antipolis leżało vis - à -vis Nicei... W I w. p. n.e. opanowali je Rzymianie i przechrzcili na Antiboul... Po upadku Cesartwa Rzymskiego przechodziło z rąk do rąk... Przez trzy wieki należało do rodu Grimaldich... Od XVII wieku portu w Antibes strzeże Fort Carré, które jest widoczny z portu jachtowego... Napoleon I kiedy opuścił Elbę, wylądował  właśnie tutaj i zapoczątkował swoje słynne "sto dni", śmiała próba odzyskania władzy nad utraconym imperium...Niestety,  zakończone klęską w bitwie pod Waterloo... Już na początku dwudziestego wieku Antibes zaczęło przyciągać artystów, arystokrację i ówczesne elity finansowe... Zaczęto spędzać tutaj wakacje i nabywać posiadłości... Bywali tutaj:Victor Hugo, Graham Green, Juliusz Verne, Charlie Chaplin, Ernest Hemingway, Claude Monet... Tutaj Kazantzakis napisał "Greka Zorbę"... O Antibes śmiało można powiedzieć, że to mekka artystów, kolorowy ogród, przetykany zielenią palm i pinii...  A niewielkie piaszczyste zatoczki nadają miasteczku specyficznego charakteru i uroku...







Idąc od strony morza  zatrzymuję się w Hali Targowej, na typowym targu prowansalskim... Przed halą jest pomnik  Jeana - Etienne Championnet, który był generałem w Rewolucji Francuskiej... Zmarł na tyfus i został pochowany w Antibes... Na targu można kupić przepyszne świeże pieczywo,  figi, wspaniały ser, oliwki, kiełbasę z czosnkiem, miód, oliwę,  suszone na słońcu pomidory, przeróżne owoce... Na targu wystawiają swe produkty okoliczni właściciele ogrodów, sadów, producenci wędlin, serów oraz rybacy...
Nieopodal Muzeum Picassa znajduje się niewielki, bardzo skromny kościół Niepokalanego Poczęcia NMP, zbudowany na dawnej świątyni greckiej... W Antibes mieszkał sławny rysownik Raymond Peynet, który jest bardzo znany z cyklu "Kochankowie"... Muzeum można zobaczyć ponad 300 jego prac...












Od września do listopada 1946 roku  w Antibes mieszkał  i tworzył   Pablo Picasso... Towarzyszyła mu ówczesna muza i przyjaciółka Françoise Gilot, znana francuska malarka... Swój związek z Picassem, który trwał prawie dziesięć lat opisuje w swej książce "Żyć z Picassem"...  Malarz jest oczarowany idyllicznymi pejzażami Antibes... Zadurzony w pięknej, młodej  Françoise, omamiony jaskrawym słońcem południa tworzy w niewiarygodnym  w pędzie... A kiedy wyjeżdża zostawia miastu w prezencie 23 obrazy i  44 rysunki, które do dzisiaj znajdują się w tutejszym muzeum... Wśród prac jest obraz "Radość życia"...







Antibes to jedno z najbardziej urokliwych miast na południu Francji... Jest tutaj wiele parków i ogrodów z typową śródziemnomorską roślinnością... Nie można się tutaj nudzić... Miasto posiada osiem niewielkich muzeów... Tutejsze widoki sprawiły, że zwolniłam tempo zwiedzania...  Przysiadałam by patrzeć na jachty, żaglówki, które bardzo wolno przesuwały się na horyzoncie na spokojne tafli wody... Słoneczny dzień powoli chylił się ku końcowi... W oddali słychać tylko ciszę i spokój... Byłam oczarowana tym miejscem, ale bardzo zła na siebie... Wychodząc z hotelu nie zabrałam do aparatu dodatkowej karty... Miejsce na karcie skończyło się gdy opuszczałam port jachtowy... Wykasowałam trochę zdjęć... Jednak robiłam to zbyt nerwowo... Zaprzestałam,  z obawy by nie zlikwidować wszystkich zdjęć...


Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...




niedziela, 12 listopada 2017

Országház, węgierski parlament







Budapeszt  jest  zdecydowanie  moim  ulubionym  europejskim  miastem...  Jest najwspanialszą metropolią dawnej monarchii austro-węgierskiej...  I chociaż znam tylko kilka podstawowych słów po  węgiersku  to  czuję  się  tutaj bardzo dobrze i swojsko... Być może dlatego, że Węgrzy  są  bardzo  przyjaźnie  do  nas  nastawieni a  i  my  mamy  z nimi wiele  wspólnych, w większości bardzo pięknych, kart historii... Przypuszczam, że każdy Polak i każdy Węgier zna słynne, historyczne powiedzenie:

Polak Węgier  - dwaj bratanki,
i do szabli, i do szklanki,
oba zuchy, oba żwawi,
niech im Pan Bóg błogosławi.

Powstało  po  upadku  konfederacji  barskiej  w  1772 roku... Wtedy  to  część  jej  przywódców schroniła  się   na  Węgrzech...  My, Polacy bardzo chętnie
i  z ogromnym sentymentem odwiedzamy ten kraj  i jego stolicę... Budapeszt jest  piękny, atrakcyjny i bardzo interesujący... Miasto przepełnione jest  ogromną ilością zabytków...  Każdego, kto odwiedza Budapeszt wprost nakłaniam do poznania węgierskiego parlamentu - Országház, który jest symbolem miasta...







Jak zwykle trochę historii... W latach 70 -tych XIX wieku powstał Budapeszt 
z połączenia miast Buda, Óbuda i Peszt... Miasto starało się jak najprędzej stworzyć konkurencję dla odległego o 225 km Wiednia... Węgry stały się samodzielną częścią monarchii  austro-węgierskiej z  prawie całkowicie samodzielnym rządem i z własnym parlamentem, który postanowiono zbudować na 1000 lecie państwa... Monumentalny parlament na pesztańskim brzegu Dunaju miał symbolizować samodzielność Madziarów w ramach naddunajskiej monarchii...  Niemal każdy dostrzega podobieństwo do londyńskiego House of Parlament...  Zbudowany w latach 1884 - 1902 według planów Imre Steindla, który wzorował się na gmachu z nad Tamizy... Zaliczono go wówczas do największych budowli świata... Jest to z resztą do dziś największy budynek, jaki kiedykolwiek zbudowano w stylu neogotyckim... Pod względem architektonicznym gmach stanowi stylistyczną mieszankę węgierskiego średniowiecza, francuskiego renesansu i westminsterskiego gotyku  z orientalną domieszką...  Jego bryłę zdobi 88 rzeźb władców węgierskich, wiele kolumn, prawie stumetrowa kopuła, liczne wieżyczki i sterczyny... Elewacja która jest najczęściej  fotografowana a zwrócona ku Dunajowi, nie jest głównym wejściem jak się zazwyczaj mniema lecz główną fasadą... 






Zwiedzanie odbywa się w grupach z przewodnikiem... Po odebraniu wcześniej zamówionych  biletów i audio guide musimy poczekać na grupę węgierską do której zostaliśmy dołączeni... Mając trochę czasu, idziemy na moment do sklepu gdzie można kupić piękną, węgierską  ceramikę i porcelanę Herend, która tworzona jest  z wyjątkowym kunsztem... Są też  bardzo ozdobne haftowane bluzeczki, bieżniki, serwety, obrusy prawdziwe arcydzieła sztuki hafciarskiej... Można kupić mapy, przewodniki, pocztówki, magnesy i inne rzeczy...  Nasza grupa węgierska jest w komplecie... Przechodzimy bardzo dokładną kontrolę bezpieczeństwa  jak na lotniskach i ruszamy z panią przewodnik na zwiedzanie parlamentu... Na końcu grupy przez cały czas towarzyszmy nam ochroniarz, który  obserwuje i   delikatnie ponagla "maruderów"...







Przechodzimy kolejnymi korytarzami, klatkami schodowymi, podziwiając ogromne i bardzo zdobne wnętrza... Cechuje je bogactwo i przepych... Liczby związane z gmachem są imponujące... Do zdobień wykorzystano 40 kg złota, pół miliona kamieni szlachetnych i ... 40 milionów cegieł.Węgierski Parlament posiada 691 pomieszczeń z czego 200 to biura, 29 klatek schodowych, kilkanaście wind,  10 wewnętrznych dziedzińców, 27 wejść... Z zewnątrz fasada ma 268 metrów długości i 123 metry szerokości, a gmach wieńczy kopuła 96 -metrowej wysokości......











Niezapomniany widok to ozdobna Główna Klatka Schodowa... Jest pełna przepychu i aż kipi od złota... Na suficie umieszczono  trzy obrazy alegorie, gloryfikujące Węgry... Klatkę zdobią przepiękne witraże i bogata ornamentyka... 96 stopni wyłożono aksamitnym, czerwonym chodnikiem... Używane są głównie podczas oficjalnych wizyt, uroczystości, nadzwyczajnych wydarzeń... Te schody prowadzą do Sali Kopułowej gdzie  przechowywana jest najcenniejsza relikwia państwa węgierskiego oryginalna korona świętego Stefana wraz z pozostałymi insygniami  królewskimi: złotym jabłkiem, kryształowym berłem, ceremonialnym mieczem oraz purpurowym płaszczem koronacyjnym.... Korona świętego Stefana składa się z dwóch części, diademu wysadzanego drogimi kamieniami z wizerunkiem cesarza bizantyjskiego oraz księcia Węgier Gejzy z dynastii Arpadów, oraz łacińskiej czapki zwieńczonej słynnym przekrzywionym krzyżem...



W Sali Kopułowej  na ścianach znajduje się 16 posągów władców... Jest m.in. rzeźba  Árpáda, świętego Stefana,  świętego Lászlo (Władysława), Kálmána, Andreása II, Beli IV, Hunyadiego, Marii Teresy, Karola III, Stefana Batorego...
W Sali Kopułowej jest całkowity zakaz fotografowania...













Przewodniczka prowadzi nas do Sali Posiedzeń... Największymi salami parlamentu jest dawna Izba Niższa - dzisiejsze Zgromadzenie Narodowe oraz dawna Izba Wyższa, która została zniesiona w 1945 roku, a obecnie pełni funkcję sali konferencyjnej... Na ścianie Izby Niższej umieszczono sześć herbów dynastii panujących na Węgrzech: Arpadów, Andegawenów, Korwinów, Jagiellonów, Zapolyów oraz  Habsbursko-Lotaryńskiej...  Biały orzeł to herb Jagiellonów... Po lewej i prawej stronie herbów możemy zobaczyć dwa piękne malowidła związane z historią Węgier... Hmm, jak na ironię losu  w sali plenarnej jest i rzeźba Temidy ze swymi atrybutami...Opaska symbolizuje równość wobec prawa... Powinien nie mieć znaczenia status społeczny, ekonomiczny, rasa czy wyznanie sądzonego człowieka, tylko jego czyny... Sala plenarna ma 25 metrów długości, 23 metry szerokości i 17 metrów wysokości... Muszę się przyznać, że nie wiem jak usadowieni są posłowie, czy wg okręgów wyborczych czy wg partii... Przypuszczam, że jest to podobne jak i w naszym parlamencie, wg partii politycznych...

Trudno w to uwierzyć, że życie może być aż takie przewrotne... Imre Steindl nigdy nie zobaczył swojego dzieła w pełnej krasie... Stracił wzrok przed ukończeniem  węgierskiego parlamentu i zmarł w 1902 roku...

Mimo tego, że Parlament jest ogromny to zwiedzanie trwa jedynie 50 minut... Szkoda, że nie trwało dłużej bo poznanie tego wnętrza jest niezwykle interesujące... Jesień jest dobrą porą na jego odwiedzenie... Jest znacznie spokojniej... W czasie sezonu  są ogromne tłumy... Jednak to co zobaczyłam zdumiało mnie i wzbudziło mój prawdziwy zachwyt... Powiem tylko:  ten gmach zadziwia swoją historią jak i wyglądem z zewnątrz jak i wewnątrz...


Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Życzę miłego, słonecznego tygodnia...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam..